Moje Wielkie Rekolekcje
Biorąc udział w jednej z sesji organizowanej przez Centrum Duchowości Ignacjańskiej w Częstochowie, dowiedziałam się o trzydziestodniowych rekolekcjach. Ponieważ już wcześniej uczestniczyłam w poszczególnych czerech tygodniach ignacjańskich Ćwiczeń – doświadczając nawrócenia ku większemu miłowaniu Boga, siebie i bliźniego – zrodziło się we mnie pragnienie, by przez przedłużone rekolekcje jeszcze głębiej i intensywniej „wyćwiczyć się” w życiu chwilą obecną, w życiu „tu i teraz pełnym Boga”. Dzięki rekolekcjom chciałam uczyć się lepszego dostrzegania Bożej obecności oraz większego otwarcia na spotkanie z drugim człowiekiem.
1. Zgodnie z ewangeliczną zachętą: Proście, a będzie wam dane; […] kołaczcie, a otworzą wam (Mt 7, 7), zaczęłam prosić w modlitewnym kołataniu o łaskę miesięcznych Ćwiczeń duchownych. Została mi ona udzielona: na udział w trzydziestodniowych rekolekcjach zgodzili się moi zakonni przełożeni, otrzymałam też pozytywną odpowiedź od organizatorów.
Trzydziestodniowe rekolekcje poprzedzał okólnikowy list, w którym oprócz informacji praktycznych znalazła się także gorąca zachęta do codziennej modlitwy w intencji czekających nas Wielkich Rekolekcji oraz jasne nakreślenie postawy uczestnika rekolekcyjnych ćwiczeń: „Wielka hojność serca, zaangażowanie, otwartość i ofiarność wobec Boga – od tej postawy będzie uzależniona owocność całych rekolekcji”. „Takie będą owoce, jaka będzie hojność” – te słowa stały się moim modlitewnym mottem zarówno bezpośrednio przed rekolekcjami, jak i podczas ich trwania.
U progu rekolekcyjnych dni prowadzący Ćwiczenia podkreślali, że podczas rekolekcji wszystko, co się przeżywa, jest ważne, nawet pozornie małe drobiazgi podlegają rozeznawaniu i badaniu. Ta początkowa uwaga ucieszyła mnie, ponieważ była zgodna z moim wcześniejszymi pragnieniem: wyostrzyć zmysły na uważniejsze doświadczanie całego dnia, kierować uwagę na drobne szczegóły, bez zamartwiania się o dzień następny czy niepotrzebnej ciekawości, co będzie jutro.
2. Niestety pierwszą i niespodziewaną, a dość uciążliwą rzeczywistością rekolekcji stała się dla mnie dolegliwość o podłożu alergicznym, która od początku trwania Ćwiczeń do ich ostatnich dni mój nocny wypoczynek uczyniła połowicznym tylko dosypianiem. Piszę o tym, ponieważ sytuacja ta stawiała mnie nieraz przed ogromną próbą hojności i wierności w dopełnieniu określonych liczbą godzin medytacji. Niemal codziennie rano pojawiało się pytanie, czy może najpierw dospać na wpół białą noc, czy też niezależnie od kondycji i samopoczucia podjąć program dnia, przesuwając odpoczynek na czas ku temu stosowniejszy.
We wspomnianych medytacjach słowa Bożego pomocne stawały się dawane nam codziennie przez prowadzących rekolekcje wprowadzenia i punkta. Rozważanie fragmentów Pisma Świętego prowadziło do oświecenia życia Bożym słowem i dobywania tego, co w sercu. Wyłaniającą się na medytacji prawdą o własnym wnętrzu dzieliliśmy się później w czasie spotkania z osobą towarzyszącą nam w rekolekcjach. W rozmowie z nią nie tyle chodziło o wypowiedzenie dawniejszych czy obecnych faktów z życia, ile raczej o refleksję i wychwycenie, jakie uczucia rodziły się czy nadal pozostają obecne w związku z danym wydarzeniem. Konfrontacja ze światem własnych uczuć – otwarcie dzielona wobec kierownika duchowego – pozwalała nabierać do swoich emocji dystansu i lepiej siebie poznawać.
3. Dzięki miesięcznym rekolekcjom jeszcze raz spotkałam się z historią swojego życia i jego zranieniami. Nocne sny, w ogólnej ich ocenie pozytywne i pokojowe w obrazach, mówiły o pewnym uzdrowieniu ran przeszłości, o przyjęciu osób i trudnych wydarzeń w nowym dla nich przebaczeniu. Suma miesięcznych spotkań, łaski rozmów z mądrym, a przy tym mocnym i łagodnym w prowadzeniu kierownikiem duchowym to upraszczanie się zapętleń mojego życia. Rozjaśniały się wydarzenia, łagodniały napięcia sytuacji konfliktowych, odczucie bezsensu przechodziło w sens, rosła wewnętrzna wolność.
Nabyłam też większą odwagę do stawiania czoła powierzonym mi zadaniom. Dojrzałam również – jak mi się zdaje – do głębszej wielkoduszności w przyjmowaniu innych w ich nie zawsze łatwej do akceptacji odmienności. Oczywista stała się dla mnie również prawda, że dla wzrostu życia duchowego konieczna jest pewna metoda modlitwy: za przykładem samego Jezusa, który miał zwyczaj i określony czas na modlitwę.
Owocem Wielkich Rekolekcji była także duchowa przygoda, poczucie szczególnego obdarowania od Boga, kiedy uciszane zewnętrzne emocje otwierały moje serce na nową przestrzeń wolności dla dotyku miłości Boga i Jego miłosierdzia. Dotyk ten wywoływał z jednej strony szczery żal za wieloma straconymi w życiu dobrami, ale i nadzieję, okrzyk ufności, że u Pana bogatego w miłosierdzie nawrócenie i świętość życia można stale pogłębiać, codziennie od nowa je zdobywać, zgodnie ze słowami samego Boga: Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty! (Kpł 11, 44).
„Późno Cię umiłowałem, Piękności tak dawna a nowa, późno Cię umiłowałem. W głębi duszy byłaś, a ja się błąkałem po bezdrożach, biegnąc bezładnie ku rzeczom pięknym, które stworzyłeś. [...] Lecz Ty nieznużony mną szedłeś cały czas za mną. Dotknąłeś mnie – i zapłonąłem tęsknotą za pokojem Twoim” (św. Augustyn).
Dobremu Bogu i prowadzącym rekolekcje ojcom jezuitom za wszystkie przeżycia i łaski miesięcznych rekolekcji z wdzięcznością w Panu.